Jak w miniaturze

W dzieciństwie nie przepadałem za miniaturkami. Z rezerwą podchodziłem do gromadzonych przez kolegów kolekcji miniaturowych samochodzików, modeli latających i żołnierzyków. Kiedy dostałem pierwszy osobisty komputer i porównałem go do maszyn liczących, na których niegdyś pracowali informatycy, pomyślałem, że jest jednak coś w powiedzeniu „małe jest piękne”. Nawet jeśli Ernst Schumacher, autor legendarnej książki „Small is beautiful”, niezupełnie to miał na myśli.

Miniaturyzacja w informatyce, najbardziej oczywista i siłą rzeczy promieniująca na wszelkie otaczające nas urządzenia, pomimo kolejnych prognoz o jej rychłej upadłości ma się znakomicie. Nawet jeśli potwierdzą się diagnozy o wyczerpaniu jej dotychczasowych źródeł, a prawo Moore’a definitywnie przejdzie do historii i dalsze zmniejszanie rozmiaru tranzystorów nie będzie ekonomicznie uzasadnione, pojawią się inne metody i technologie.

mikro makro i nano

Dążenie do miniaturyzacji, a jednocześnie maksymalizacji korzyści to stan naszej świadomości. Chcemy więcej, szybciej i najchętniej za mniej. Miniaturyzacja wszystkiego stała się znakiem rozpoznawczym, metaforą i technologicznym cudem naszych czasów. Doprowadziła nas do nanometrów, o których przynajmniej niektórym filozofom się nie śniło. Nanogram, nanolitr, nanomateriały w nanonauce i nanotechnologii. W medycynie, biologii, chemii, w kosmetykach, w przemyśle zbrojeniowym.

Sporo się wydarzyło, od kiedy Richard Feynman w połowie XX wieku przedstawił koncepcję miniaturyzacji ilustrując ją założeniami zmieszczenia Encyklopedii Britannica na łebku szpilki. W 2007 roku nanotechnolodzy z Instytutu Technologii Technion w Hajfie umieścili cały hebrajski tekst Starego Testamentu na obszarze (?) zaledwie 0,5 milimetra kwadratowego pokrytej złotem krzemowej płytki.

A jednak, pomimo szczerego podziwu dla dokonań miniaturyzacji i jej praktycznych bądź fantastycznych zastosowań i wcieleń, pozostała we mnie odrobina dziecięcego sceptycyzmu. A może po prostu żal, że naszej miniaturyzacyjnej pasji nie zawsze towarzyszy podobny entuzjazm i zdolność rozumienia świata w skali makro? Co by tu jeszcze zminiaturyzować?

Mózg mrówki

Miniaturyzacja człowieka ma bogatą literaturę. Kto nie czytał lub przynajmniej nie słyszał o „Alicji w Krainie Czarów”, „Podróżach Guliwera”, „Królewnie Śnieżce i siedmiu krasnoludkach”? Fantazje, marzenia, bajki, komiksy i przypowieści o przechodzeniu w inny wymiar to nie tylko świat dzieciństwa, kiedy wszystko jest możliwe.

Filmowe wizje człowieka w miniaturze również mają swoją barwną tradycję. „Kingsajz”, „Innerspace”, „Ant-Man” i najnowszy „Downsizing” zmniejszają ludzi, żeby opowiedzieć o nas w pełnym wymiarze. Czy zminiaturyzowany człowiek to tylko fantazja? A może nasza miniaturyzacja niekoniecznie musi polegać na fizycznym zmniejszeniu? Wystarczy miniaturyzacja relacji, wartości, emocji? Z powodzeniem możemy je upakować na calu kwadratowym procesora lub na Twitterze.

Isaac Asimov przekonywał, że „miniaturyzacja [człowieka – R.M.] nie ma sensu, dopóki nie zminiaturyzujemy samych atomów. Inaczej malutki człowiek miałby malutki mózg zbudowany z niewielkiej liczby atomów – zbyt małej, aby taki zminiaturyzowany człowiek mógł być bardziej inteligentny od mrówki. A zgodnie z prawami fizyki kwantowej miniaturyzacja atomów jest niemożliwa”.

Nieprawdopodobnie kurczący się człowiek

Podczas mojej miniaturowej kwerendy śladami miniaturyzacji natknąłem się również na archiwalny, czarno-biały amerykański film z 1957 roku w reżyserii Jacka Arnolda „The Incredible Shrinking Man” znany pod polskim tytułem „Człowiek, który się nieprawdopodobnie zmniejsza”. W 2009 roku został wpisany na listę filmów budujących dziedzictwo kulturalne USA, utworzoną przez National Film Preservation Board, a przechowywanych w Bibliotece Kongresu Stanów Zjednoczonych. Film jest adaptacją opublikowanej rok wcześniej powieści Richarda Mathesona.

Zaczyna się od sceny na łódce u wybrzeży Kalifornii. Nasz bohater, Robert Scott Carey, wraz ze swą piękną małżonką Louise korzysta z uroków lata, kiedy na horyzoncie pojawia się tajemniczy obłok. Nietrudno się domyślić, że niezidentyfikowane zjawisko może mieć w sobie radioaktywną moc. Na szczęście Louise w krytycznej chwili przebywa w kajucie (w poszukiwaniu butelki piwa), unikając konfrontacji z chmurą. Scott niestety nie. Radioaktywna mgła i późniejsze działanie środka owadobójczego stają się prawdopodobną przyczyną jego miniaturyzacji. Scott zaczyna maleć.

Z początku niepozornie, jakby chudł nieco za szybko, ale badania nie wykazują żadnych niepokojących objawów. Z wyjątkiem coraz wyraźniejszego kurczenia się naszego bohatera. Lekarz rodzinny pozostaje dobrej myśli. Przecież ludzie, co do zasady, nie maleją. A jednak. Choć szkiełko i oko nie znajdują wytłumaczenia, Scott niknie w oczach. Pewnego dnia uzbrojony w szpilkę będzie musiał stanąć do heroicznej walki z pająkiem, przeciwstawić się światu, którego z tej perspektywy wcześniej nie widział, i pogodzić z własną miniaturą.

Nie chciałbym spojlerować filmu, odbierając Państwu emocje związane z jego obejrzeniem. Zapewniam, że warto. Uprzedzam tylko, że jeśli ktoś liczy na nagły zwrot akcji, niespodziewane odnalezienie cudownego eliksiru lub formuły kingsajzu, może się rozczarować.

Film, choć można o nim pisać w tonie dalekim od powagi, bo trudno się nie uśmiechnąć na widok gentlemana mieszkającego w domu dla lalek i prowadzącego bój z własnym kotem (a nie jest to „Kot Schrödingera”), naprawdę trzyma w napięciu. Opowiada dramatyczną, niepozbawioną uniwersalnej treści historię. O nieodwracalności i utracie wszystkiego, co było ważne. Poza godnością i wiarą. Nawet wtedy, kiedy zminiaturyzowany Scott uświadamia sobie, że nieuchronnie podąża w stronę atomu. Dlatego wolałbym tłumaczenie tytułu tego filmu jako „Nieprawdopodobny (nie do wiary) kurczący się człowiek” albo przynajmniej „Niespotykany człowiek, który znika / który się kurczy”. Z naciskiem na słowo człowiek.

Niestety po latach ktoś wpadł na pomysł nakręcenia „The Incredible Shrinking Woman”, skrupulatnie odzierając całą historię z artyzmu, magii i sensu.

Rozwój i rozbój

Czy człowiek się zmniejsza? Kiedy słucham muzyki, oglądam dobre filmy, zaglądam do kawiarni i galerii sztuki, na ciekawe blogi, słucham komentarzy matematyków, biologów, astrofizyków, podróżników, to myślę, że krzywda nam się nie dzieje. Przeciwnie – technologia dała nam moc otwartości na świat, wolności pomysłów i umysłów, a także wielokierunkowej komunikacji i dostępu do niezliczonych źródeł wiedzy i doświadczenia.

Kiedy patrzę na zdjęcia ginących gatunków i całych ekosystemów, na hałdy odpadów, elektrośmieci i wyrzucanego jedzenia, dochodzę do wniosku, że rozwój zbyt często mylimy z rozbojem. Gwałcimy tę naszą planetę z niegodną podziwu konsekwencją. Zapaliliśmy nad nią tyle świateł, że zgasiliśmy gwiazdy, a wraz z nimi ważną część siebie. Ludzie w miastach nie wiedzą, jak wygląda Droga Mleczna, bo nad ich głowami nieustannie palą się światła cywilizacji.

Światło i cień

Nie tak dawno, bo jeszcze w XVIII wieku, nocą nad Europą panowała ciemność. Nie było świateł, lamp, reflektorów, ale za to „niebo gwiaździste nad nami”. Chodziło się spać z kurami i razem z nimi wstawało. Podobno spało się na raty. Nie tęsknię za takim wariantem, bo dziś ciemności nad miastem wiązałyby się niechybnie z katastrofą. I nie lubię wcześnie kłaść się spać. Ale właśnie teraz, dzięki technologii, może nas być stać na nowe rozdanie relacji z naszą planetą. Na wyłączenie i przekierowanie nadmiarowych lamp. Na nowe spojrzenie w gwiazdy.
Nawet jeśli jesteśmy zaledwie mrówkami, które chodzą po słoniu, i co do zasady nie powinniśmy mieć wiedzy na temat rozmiarów i kierunków rozwoju tego słonia, to udało nam się stworzyć narzędzia jego poznania. Korzystajmy z nich nie po to, żeby wbić słoniowi kolejną szpilę w kark, ale żeby z nim współpracować. W dobrze pojętym wspólnym interesie.

Myślę, że takiej miniaturyzacji życzyłby nam nawet Ernst Schumacher, który w podtytule swojej książki napisał: „Spojrzenie na gospodarkę świata z założeniem, że człowiek coś znaczy”. I że ten świat coś znaczy.

 

Fot. Wiktoria Rożnowska, zdjęcie z cyklu „Gra wszech czasów” zgłoszonego w konkursie O!ZNAKI PRACY 2018.

Polecam: Craig Koslofsky, Evening’s Empire. A History of the Night in Early Modern Europe, Cambridge: Cambridge University Press, 2011.
Ernst Friedrich Schumacher, Małe jest piękne. Spojrzenie na gospodarkę świata z założeniem,
że człowiek coś znaczy, tłum. Ewa Szymańska, Warszawa: PIW, 1981.
Cytat z Asimova na podstawie: Aleksandra Stanisławska, Superbohater na miarę owada,
FOCUS.pl