Jak mrówki na wiosnę

Kiedy dziadek budował dom pomagali mu przy pracy jego kilkuletni wówczas synowie. Jeden z nich nieumyślnie upuścił i stłukł cegłę. Dziadek zwrócił mu uwagę, ale młody starał się sprawę bagatelizować. „Tato, przecież ta cegła kosztuje tylko parę groszy, żadna strata”. Dziadek wyjął z kieszeni banknot. W rodzinnej legendzie są różnice zdań, jakiego nominału. Rzucił go na ziemię tuż obok stłuczonej cegły. „Cegła, synu, to nie tylko pieniądze. W każdej cegle jest ludzka praca”.

Dziadek był pryncypialnym wyznawcą etosu pracy. Znał też wartość pieniądza. Potrafił handlować, robił to z powodzeniem, a jednak zależało mu, żeby nauczyć synów przede wszystkim szacunku dla pracy. Nie wiem, co stało się z upuszczonym banknotem. Czy go podniósł, czy zostawił pomiędzy resztkami tego, co zostało po cegle. Na pewno została po niej legenda.

Pracowitość

Kiedyś nieodłączna cecha człowieka szlachetnego i godnego szacunku. Dziś raczej pojęcie z demobilu widywane w niebezpiecznym sąsiedztwie i podejrzanym towarzystwie naiwności. Dookoła wystarczająco dużo jest dowodów i przykładów, że uczciwością i pracą ludzie niekoniecznie się bogacą. A jeśli już się bogacą, to niekoniecznie ci, którzy na to pracują. Pracowitość stała się niewygodna, niewymierna. W przeciwieństwie do dyscypliny pracy trudno ją zapisać w kodeksie czy regulaminie. Trudno wyegzekwować.

Dla gospodarki liczy się produktywność, wydajność, efektywność czasu pracy i cały związany z tym arsenał motywacji. Od wywodzących się z najczarniejszych doświadczeń cywilizacji przemysłowej wyśrubowanych, nieludzkich norm po dające nadzieję i inspirujące idee zarządzania godnościowego.  Od pracownika traktowanego jak dodatek do przesyłki po organizacje, w których pracownicy motywowani są podobnie do wolontariuszy.

Nauka, bańka i las

Trwa batalia na pomysły, wdrożenia i teorie zarządzania. Procesy społeczne i technologiczne zmieniają naszą świadomość szybciej, niż byliśmy do tego przyzwyczajeni. Jeszcze niedawno wydawało się, że ekonomia współdzielenia otwiera przed nami drzwi do fundamentalnie nowych relacji społecznych i ekonomicznych. Trudno zaprzeczyć, że tak się dzieje. Tyle, że za drzwiami pojawia się nieoczekiwanie coraz więcej wątpliwości, półprawd i półpracowników przyspawanych do sieciowego miejsca pracy siedem dni w tygodniu, dwadzieścia cztery godziny na dobę. Sceptycy mówią wprost, że opiewany przez założycieli i entuzjastów ekonomii współdzielenia model i mit organizacji biznesowej, w którym nie ma podziału na menadżerów i podwładnych, raportowania i zależności służbowej, jest i będzie możliwy na szerszą skalę tylko wtedy, kiedy ludzi zastępują i zastąpią w zarządzaniu aplikacje i algorytmy. To one faktycznie stają na czele hierarchii stada. Nasze nowe samce alfa. Występując w komfortowej roli pośrednika, nie zaciągają wobec najemników żadnych zobowiązań, nie ponoszą odpowiedzialności, a swoim właścicielom przynoszą całkiem przyzwoite zyski.

Byłbym jednak ostrożny, ferując wyroki w sprawie ekonomii współdzielenia w oparciu o zasadę „od ściany do ściany”. Od entuzjazmu do bezwarunkowego potępienia. Nawet jeśli pęknie kolejna bańka, to warto skorzystać z wielu zebranych doświadczeń i z tego, czego przy okazji uczymy się o nas samych w relacjach z technologią. Również o naszej pracowitości.

Zmiana, aktualizacja, innowacja itd., itp.

Trudno nadążyć za zmianami, sztuką je przewidzieć, a mistrzostwem – mieć na nie wpływ. Żyjemy przecież w sieci innowacji. Przyrostowych, produktowych, marketingowych, procesowych, takich i owych, najczęściej jednak imitacyjnych. Ładnie opakowanych w kuszącą narrację. Kiedy trochę poskrobać, okazuje się, że pod powierzchnią nie ma niczego nowego. Najwyżej relokacja znanych wartości w nowych dekoracjach. Zdarzają się jednak innowacje przełomowe, bez których nie byłoby czego naśladować, do czego dążyć. Czy taką jest ekonomia współdzielenia? A może raczej zarządzanie turkusowe (mimo szacunku dla turkusu nie mogę przekonać się do tej nazwy) oparte na zaufaniu i partnerstwie?

Czy w tym innowacyjnym krajobrazie jest miejsce na pracowitość? Ale nie jako starszą siostrę czy może już babcię produktywności, a jako postawę wobec przyrody, świata i życia. Wobec samego siebie i wobec innych. Nie jest przypadkiem, że od starożytności powraca w różnych czasach, religiach, kulturach i różnych redakcjach przesłanie laborare est orare – praca to modlitwa.

Talent i mrówcza praca

Kiedy przyglądam się losom ludzi wybitnie uzdolnionych i tych wybitnie pracowitych myślę, że pracowici znacznie częściej realizują swoje życiowe cele. Rzadziej rozbijając się o skały, częściej ruszają w kolejną, nową podróż. I rzadziej toną. Pracowitość jest darem, który czyni cuda. Jest jednym z najcenniejszych talentów. I niejedno ma imię. Polega nie tylko na mozole i trudzie, ale również na odwadze myślenia, zdolności do innowacji, kreatywności. Jest nienapuszona, skłonna do tańca i zabawy, a czasem do grania na perkusji, jak Richard Feynman, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki, w wolnych chwilach perkusista. Opisał to w książce „Pan raczy żartować, panie Feynman!”.

Mrówka i wół

W dzieciństwie nie miałem kłopotów z interpretacją wiersza o mrówce, która „stół do szkoły zaniosła”. Jej heroiczny, niepozbawiony ryzyka czyn, szczytny cel, jaki został jej postawiony, zaangażowanie i determinacja budziły we mnie szacunek, a może nawet podziw. Leni i cwaniaków szukających tanich wymówek, byleby się nie namęczyć, traktowałem z należną im pogardą.

Z biegiem czasu zacząłem się zastanawiać, dlaczego wszyscy poza mrówką odmówili. Nawet znany ze swej symbolicznej pracowitości wół. A może coś jest na rzeczy? Może pracowita mrówka to dla nas bajka bez przyszłości? A może ekonomia współdziałania i współdzielenia to właśnie bajka o mrówkach, które zasuwają z godnym podziwu uporem, żeby tylko złapać zlecenie, jakąś robótkę, przetrwać do jutra, nie dać się wdeptać w ziemię? Nowa organizacja życia społeczno – technologicznego? Jaka jest różnica między mrówczą pracą a człowieczą pracowitością?

***

W sadzie mojego dziadka nie liczyło się jabłek na tony czy kilogramy, mimo że tony tych jabłek produkował i sprzedawał. Każde jabłko miało znaczenie. Żadnego z nich nie wolno było upuścić, nie docenić, nie zauważyć. Pielęgnował wiele nieznanych dziś odmian. Chyba bardziej kierował się ich smakiem niż wyglądem. A przede wszystkim czasem. Czekał na właściwy moment, na dojrzałość, żeby je zerwać. Nie przyspieszał dojrzewania. Nie przycinał drzew w sposób, który miałby zintensyfikować produkcję. Dlatego w sadzie mojego dziadka można było chodzić po drzewach, co może nie jest najważniejszym celem sadownika, ale na pewno źródłem niezastąpionych doświadczeń i radości dla jego dzieci. No i w wolnych chwilach dziadek grał na kontrabasie.

Odwiedziłem minionego lata sad mojego dziadka. Teraz to już sad jego wnuka. To właśnie jego tata upuścił kiedyś tę cegłę, od której zaczęła się budowa domu. Kiedy patrzyłem na staranność i pasję, z jaką prowadzi swoje przedsiębiorstwo, jak w pełnej technologicznych nowinek chłodni układa z troską każdy owoc swojej pracy, pomyślałem, że niedaleko pada jabłko od jabłoni. I od cegły.

 

Felieton ukazał się również w marcowym wydaniu miesięcznika „Bezpieczeństwo Pracy” w cyklu „Zapiski Latte” pod tytułem „Pracowitość”.