Społeczna partytura lasu

Od kiedy redakcja zamówiła u mnie felieton na temat lasu, piękna i ich zagrożeń, zastanawiałem się, jak go napisać, żeby nie był to tekst o polityce. Wszystko potrafimy już upolitycznić. Nawet przyrodę. W końcu poszedłem po rozum do lasu.

Moje doświadczenia z lasem mają charakter ambiwalentny. Od zachwytu nad spotkanymi o świcie łosiami, śpiewem ptaków i tarasami wrzosów, po paniczną, choć nadgorliwą ucieczkę przed dzikiem, opędzanie się przed komarami i mrówkami, lęk przed kleszczami. Słowem, na lesie się nie znam, „człowiekiem lasu” nie jestem. Kocham go miłością mieszczucha, którego ciągnie do leśnej przygody, ale na wszelki wypadek bez powikłań. Darzę go nienawiścią, kiedy potknąwszy się o pieniek, ląduję w gąszczu pokrzyw lub kiedy gubię w nim drogę. Podziwiam potęgę lasu, z zachwytem chłonę teorie „Sekretnego życia drzew” Petera Wohllebena i nieswojo się czuję sam na sam z lasem pozbawiony komórki wyposażonej w GPS.

Mam wrażenie, że w swojej ambiwalencji nie jestem odosobniony. Być może gdybyśmy żyli w świecie o strukturze opartej na naturalnych jednostkach przyrodniczo-kulturowych, a nie arbitralnym podziale administracyjnym, las z całą swoją złożonością i bogactwem byłby bliżej nas. Dziś raczej tak nie jest. Las jest tam, gdzie nie ma nas.

Myślenie partyturą

„Mazury, drodzy państwo, nie istnieją bez komarów”. To jedno z wielu powiedzonek Jerzego Maksymiuka, które przeszły do historii, a które przytaczam nie tylko z podziwu dla twórczości, poczucia humoru, mądrości i aforyzmów Maksymiuka, szczególnie, że komary ostatnio nawet na Mazurach jakby mniej rychliwe. Jerzy Maksymiuk jest, moim zdaniem, prekursorem i mistrzem „myślenia partyturą”, a ten sposób doświadczania świata ma sporo wspólnego z lasem, co postaram się udowodnić. Swoją drogą, partytury, z których dyryguje Maksymiuk, opatrzone przez niego kolorowymi wektorami znaczeń, gryzmołami kontrastów, kontrapunktów i napięć, same w sobie są jak las. Trzeba się na nich dobrze znać, żeby się nie zgubić.

Żeby lepiej wyjaśnić i wytłumaczyć się z analogii między myśleniem partyturą a lasem, muszę sięgnąć do historii i etymologii.

Rzecz miała miejsce dość dawno temu, kiedy tworzyłem Radio Classic 103,7 FM. Po zakończeniu mojego wywiadu z Jerzym Maksymiukiem prowadzący program, nota bene jeden z najlepszych wówczas naszych dziennikarzy-prezenterów, a dziś popularny aktor Kacper Kuszewski, podsumował naszą rozmowę mniej więcej takim komentarzem: „jak państwo mogli się przekonać, Jerzy Maksymiuk jest rozmówcą równie interesującym, co chaotycznym”. Zabrzmiało ni to jak usprawiedliwienie, ni to złośliwość, ni to cienka ironia. Kacper opowiadał mi później, że kiedy słowo „chaotyczny” zbliżało się już do mikrofonu, wiedział, że nie powinien go użyć, chciał je złapać w locie, zatrzymać, ale było za późno. Poleciało. Kiedy opowiadałem o tym Jerzemu Bracisiewiczowi, innemu z moich współpracowników, skomentował całe zdarzenie z właściwą sobie precyzją i wyobraźnią: „Maksymiuk po prostu mówi partyturą”. Kilka taktów pierwszych skrzypiec, potem kotły, flet i blacha. Potem wiolonczela i znów skrzypce, waltornia i tutti. Dlatego tak trudno za nim nadążyć.

Dzięki przypadkowemu potknięciu i naszym rozmowom, a przede wszystkim dzięki Jerzemu Maksymiukowi, poszedłem tropem „myślenia partyturą”, starając się w wielu sytuacjach stosować je jako metodę poznawania i interpretacji świata.

Wróćmy do lasu

Żeby zrozumieć i, co równie ważne, poczuć las całym sobą, trzeba podjąć próbę myślenia i odczuwania partyturą. Polifonicznie, a nie jednym głosem. Posłuchać ptaków, dać się pogryźć mrówkom, wejść na drzewo i dowiedzieć się czegoś więcej o systemie jego korzeni. Przespać w lesie noc bez latarki i GPS, przytulając się do ściółki. Porozmawiać z leśnikiem, myśliwym i grzybiarzem, naukowcem, ekologiem i starszą panią zbierającą chrust, o ile takie panie jeszcze w lesie występują. Zrobić kilka zdjęć o wschodzie i zachodzie słońca. Zgubić się w lesie, żeby potem się w nim odnaleźć. No i przede wszystkim wsłuchać się, co do powiedzenia mają drzewa.

Las i drzewa, jak ludzie i społeczeństwa, mają swoje problemy.  Chodziłem po takim lesie dotkniętym kataklizmem, zanim zabrałem się do pisania felietonu. Drzewa wyrwane z korzeniami, jakby odarte z tajemnicy swojej podziemnej historii. Jak obalone pomniki, choć znacznie od nich piękniejsze. Drzewa przewrócone, tarasujące drogę, poturbowane, okaleczone. Usiadłem na wilgotnym pniu. Przypominałem sobie słowa jednego z komentatorów niedawnych wichrów i burz, który mówił, że takie zdarzenia to „wyścig człowieka z przyrodą”. Patrzyłem na te drzewa bez przekonania, żebym miał się z nimi ścigać. Myślałem o komunikatach ostrzegających nas przed burzami i upałami w lecie, śniegiem i zawiejami w zimie. O przyrodzie jako medialnym wrogu człowieka, czyhającym zagrożeniu. Siedlisku chorób, źródle zakażeń. I zastanawiałem się, co też ta przyroda mogłaby dobrego o nas powiedzieć?

Kiedy już z grubsza ogarnąłem leśną partyturę, a przynajmniej takie miałem wrażenie, zacząłem zastanawiać się, czego możemy uczyć się od lasu? Co wiemy o leśnej sprawiedliwości? O wzajemnych relacjach między drzewami w tej zawiłej plątaninie. Jeśli wierzyć Peterowi Wohllebenowi, takie pojęcia jak przyjaźń, miłość, opieka społeczna z powodzeniem możemy stosować do życia społecznego drzew. „Drzewa wzajemnie wyrównują swe słabe i mocne strony. (…) Usuwanie nierówności dokonuje się pod ziemią poprzez korzenie. (…) Miarą dobrostanu drzewa jest bowiem dobrostan całego otaczającego go lasu”. Patrząc na te sponiewierane wichurą konary i te, które pięły się dumnie w niebo, zastanawiałem się, w jaki sposób definiować dziś i w przyszłości naszą sprawiedliwość społeczną? Jako sprawiedliwość zasług i dokonań, sukcesów? Im jesteś bardziej aktywny, konkurencyjny, skuteczny, robisz więcej i lepiej, tym więcej ci się należy. Tobie, twojej firmie, organizacji. Jako sprawiedliwość potrzeb i praw? Bo przecież wszyscy je mamy. Nawet jeśli w ocenie społecznej niewiele jesteś wart, to pewne minimum ci się należy. Jako sprawiedliwość równych szans? Tak, żebyś mógł aspirować do zmiany swojego statusu, żeby dane ci były szanse osiągania zamierzonych celów.  Sporo i pod tym względem możemy się od lasu nauczyć.

Warto również, patrząc na las, wracać do źródeł i znaczenia „pomocy bliźniemu”, nade wszystko temu, który przejawia inicjatywę, który sam chce sobie pomóc. Polityka społeczna to przecież działania motywujące do indywidualnej odpowiedzialności za własne życie, ale też uszanowanie godności każdego człowieka, nawet upadłego. Jak upadłe drzewo w lesie.

Odpowiedzi na wiele z tych pytań można znaleźć w lesie. Pytania o zaradność, innowacyjność, pomocniczość. Trzeba się tylko dobrze przyjrzeć leśnej partyturze.

Kiedy zastanawiałem się nad naszą społeczną partyturą, pomyślałem, że można na niej znaleźć naprawdę bogatą paletę barw i znaczeń. Co decyduje o tym, że jesteśmy społeczeństwem? Dom? Osiedle? Osada? Kultura? Społeczeństwo obywatelskie? Informacyjne? Tożsamość ludzi i instytucji? Stosunek do upadłych drzew? Kultura recyklingu czy wyrzucania na śmietnik? Co można włączyć dzięki wyłączeniu internetu? Cały ten archipelag społecznych znaczeń, pytania o przyszłość, odpowiedzialność, sprawiedliwość?

Partytura, z której gramy. Czasem w pierwszych skrzypcach, na miejscu koncertmistrza, ale częściej w tutti.

Jeśli wierzyć Maksymiukowi, a ja mu wierzę, muzyka nie istnieje bez ciszy.

Las jest naszą ciszą.

Radosław Mleczko

 

 

Felieton ukazał się we wrześniowym wydaniu miesięcznika „Bezpieczna Praca – nauka i praktyka” w cyklu „Zapiski latte”.

Zdjęcie GB