
Słowa, frazy i gra w szachy
Gry w szachy uczyłem się od mojego taty. Uważał, że powinienem dziedziczyć tę umiejętność w genach. Lekcji szachów udzielał mi oszczędnie, a jeśli, to polegały na tym, że zdejmował z szachownicy kilka swoich figur, a potem graliśmy już „jak równy z równym”. Mimo tych forów przegrywałem. Powiedział mi po latach, że nie miałem wystarczającej determinacji, żeby go ograć. Chciałem się tylko wykaraskać z kłopotów, ale nie myślałem o tym, żeby go pokonać.
Syndrom ucznia bywa w życiu szansą na zasłużone uznanie i nagrody, ale bywa też obciążeniem. Umiejętne lawirowanie pomiędzy przeszkodami, uwzględnianie wymogów systemu, niuansów decydujących o powodzeniu jest zawsze w cenie. Do czasu i do progu, za którym liczy się pomysł, determinacja, dążenie do zwycięstwa. Często bez względu na akademickie reguły i autorytety.
Szachy powinny być obowiązkowym przedmiotem w szkołach. Uczą myślenia, przewidywania wielu ruchów, ale też szacunku dla wyćwiczonych w pocie czoła schematów. Uczą pracowitości, staranności i reguł gry. Uczą szacunku dla rywala, który nie jest wrogiem. Może właśnie dlatego najczęściej nie ma ich w programie?
Niewiele można schować, a tym bardziej zamieść pod szachownicą.
Choć nawet szachy udało się skomercjalizować i ich sportowa wersja obciążona jest grzechami naszego tu i teraz, a ze sztuką gry w szachy ma przy okazji tylko coś wspólnego, to warto próbować. Nie zawsze jest od razu szach mat.
Siadam czasem do szachownicy i zastanawiam się, co Tata by na ten ruch powiedział.
Rys. Elżbieta Kiełczykowska