Samobój

Jednym z najkosztowniejszych błędów popełnianych w budowaniu zespołu jest marnowanie potencjału drzemiącego w ludziach. Spisywanie talentów na straty i wrzucanie utraconych nadziei w koszty. Łatwo przegapić czyjś talent, trudniej go dostrzec. Sztuka zarządzania nie polega na eksploatacji zasobów, a na dostrzeganiu talentów i tworzeniu warunków, w których mogą się rozwinąć.

Zanim zburzysz powstający zespół, zastanów się czy warto. Nawet gdy limit twoich rozczarowań został wyczerpany. Nie rozgrzeszaj się tym, że stać cię na kolejne próby. Świat jest pełen ludzi, którzy nie spełnili oczekiwań. Nie powiększaj tego zbioru, nawet jeśli cię na to stać.

Studium przypadku – Legia Warszawa

Dyżurnym źródłem wszelkiego zła po kolejnym europejskim falstarcie stał się prezes Legii Warszawa. Łatwo go atakować, a i powodów sporo, ale pożegnanie z karnawałem zafundował sobie wcześniej architekt projektu, jego dobry duch i trener Aleksandar Vuković. Niespodziewanie strzelił we własne kolano tuż po (nie bez trudów) zdobytym tytule Mistrza Polski. W najgorzej wybranym do takiego komunikatu momencie ogłosił, że potrzebuje pięciu nowych zawodników.

Wcześniej, na pytanie o drużynę marzeń odpowiadał: „ta, którą aktualnie prowadzę”. Przekonywał, że zawód trenera polega na codziennej dbałości o rozwój każdego zawodnika. Tak budował zespół i jego tożsamość, a jednocześnie swoją wiarygodność i pozycję.

drużyna moich marzeń

A tu nagły zwrot akcji. Vuković z lidera zespołu zmienił się w jego recenzenta. Jednym oświadczeniem zmarnował, to co osiągnął.

Nawet jeśli ocena, którą podzielił się ze światem, była uzasadniona, a wzmocnienia niezbędne, to podważanie kompetencji tych, z którymi pracował i sporo osiągnął, musiało ich zaskoczyć. Osiągnął z nimi coś nie tylko w wymiarze trofeów (bo po drodze to i owo przegrał), ale w wymiarze budowy zespołu i rozwoju talentów. Wielu piłkarzy współtworzących ten projekt mogło oceniać, że są na ścieżce rozwoju, która prowadzi ich we właściwą stronę i w miejscu, w którym chce się pracować. Dowiedzieli się, że są tylko przystankiem na tej drodze.

Nie wiem jakie znaczenie ma pojęcie zdrady w świecie gladiatorów. Zapewne dalekie od standardów wyznaczanych dawno temu przez legendę „Dances with Wolves”, ale kiedy budujesz zespół oparty na identyfikacji z klubem, dbasz o tożsamość i kodeks wartości, powinieneś uważać, żeby go nie zdradzić.

Nawet jeśli zawodnicy nie dali odczuć trenerowi, że mają mu za złe tę publicznie złożoną deklarację, to od początku nowego sezonu poruszali się jak na kacu i z przetrąconym kręgosłupem.

Kac minie, z kręgosłupem będzie trudniej, ale też da się coś zrobić. Tyle, że Vuković będzie mógł przyglądać się tej kuracji już tylko z oddali. Utracił prawo głosu.

Jeśli zmienił strategię za sprawą doradców, to powinien rozważyć czy podawać im rękę.

Kiedy chcesz, żeby twój sukces nie zamienił się w porażkę, musisz uważać na zakrętach i na doradców. Brawura i źle dobrane słowa druzgoczą marzenia. Chwila nieuwagi i pozamiatane.

Za słowami transfery

Klub wyszedł naprzeciw postulatom trenera. Sprowadził gromadę nowych piłkarzy i zaczął się demontaż projektu w chwili, kiedy u progu eliminacji europejskich potrzebna była jego konsolidacja.

Reguły, które wprowadzał Vuković legły w gruzah. Po transferowym boomie nie prowadził już zespołu z takim jak wcześniej entuzjazmem, wyczuciem, przekonaniem, spokojem i tak skutecznie, jak jeszcze kilka miesięcy wcześniej.

Zamiast realnie wzmacniać zespół, spuszczono z niego powietrze. Złożono w depozyt uzgodnione reguły gry. Wywrócono hierarchię nie mając przygotowanych na tę zmianę wykonawców. W konsekwencji nadrzędny cel Europa 2020 nie został zrealizowany.

Dziś Vuković przekonuje, że wprowadzałby nowych piłkarzy ostrożniej niż jego następca i że nie utracił dobrych relacji z zespołem.

pierwszy wywiad po zwolnieniu z Legii

Nie ma powodów, żeby mu nie wierzyć, ale nieobecni nawet jeśli mają rację, rzadko są wysłuchiwani.

Syndrom dławienia kreatywności

Każdy z nas ma w plecaku kapitał kompetencji, kreatywności i skuteczności działania. Uciułany z biegiem lat lub zarobiony błyskiem. Spektakularnie inwestowany, albo w nadziei na skromny procencik.

W jakim stopniu wykorzystujemy ten kapitał i potencjał jego rozwoju zależy nie tylko od nas, naszych starań, dobrej woli i wysiłków, ale też od okoliczności, na które wpływ mamy ograniczony.

Najbardziej odporny na czynniki zewnętrzne jest potencjał kompetencji, które lepiej lub gorzej, można pielęgnować pomimo przeciwności. Najmniej odporny jest potencjał kreatywności, która w niesprzyjających okolicznościach usycha z dnia na dzień. Nic tak skutecznie nie zabija kreatywności jak kac i przetrącenie kręgosłupa.

Są też inne okoliczności, które mogą dławić kreatywność poszczególnych osób i rozwój całego zespołu. Decydować o błędnych wyborach w czasie meczu. Myślę, że Vuković je zlekceważył.

Człowiek, na którego się liczy

Ktoś nowy, kto ma dobre CV, oczekiwane kompetencje, przekonujący charakter. Wygląda jak skarb, na który wszyscy czekaliśmy. Tymczasem – wraz z jego pojawieniem – coś zaczyna się psuć. Z pozoru wszystko idzie w dobrą stronę. Nowy człowiek spełnia pokładane w nim nadzieje, ale zespół wypada gorzej, gra na zwolnionych obrotach. Obsadzenie w niewłaściwej roli lub w źle dobranym czasie potencjalnego lidera może hamować rozwój zespołu, destabilizować, a przede wszystkim dławić jego kreatywność.

Zespół stara się do maksimum korzystać z kompetencji lidera zamiast wykorzystywać swój potencjał. Co więcej, dostosowuje swoje zachowania do potrzeb lidera. Nie rozwiązuje problemów, bo liczy, że to lider te problemy rozwiąże.

Jeśli kompetencje lidera są wpisane w DNA zespołu, to nie ma sprawy. Funkcjonują jak jeden organizm. Jeśli kompetencje „lidera” są niekompatybilne z predyspozycjami, schematami, a przede wszystkim zaletami zespołu, mamy problem.

W Legii stało się tak za sprawą nieadekwatnych oczekiwań związanych z transferem Tomáša Pekharta. Jest ambitnym, zaangażowanym, skutecznym i oddanym drużynie piłkarzem, ale wraz z jego pojawieniem się nastąpiła zmiana stylu i sposobu gry. Pekhart strzelał ważne bramki, a drużyna z meczu na mecz była coraz bardziej od tych bramek uzależniona.

Przestawienie taktycznej zwrotnicy w stronę gry „na Pekharta” okazało się zabójcze zarówno dla schematów jak i innowacji. Im więcej bramek strzelił Pekhart, tym bardziej utrwalał się ten nieefektywny paradygmat.

Ostatnio pojawiły się symptomy, że to się zmienia. Pekhart gra coraz wszechstronniej, a zespół coraz mniej na niego. Może wkrótce dojdzie do uzgodnienia DNA? Ale czas na aklimatyzację był kosztowny i minął bezpowrotnie. No i przynajmniej przez rok nie przekonamy się jak DNA tego modelu gry wypada w konfrontacji z Europą. Może wcześniej przekonamy się jak zespół wypada bez Pekharta?

Syndrom odbudowy

Jak budować zespół, skoro miejsca liderów zastępują ludzie mający się w nim odbudować? Jednego można w ten sposób odbudować co z tygodnia na tydzień udowadnia Artur Boruc, ale od razu kilku? Każdy z nich zajmuje miejsce tego, który ma aspiracje, żeby być liderem pierwszego składu.

Dlatego wszyscy zawodnicy z dotychczasowej kadry weszli w sezon poniżej swojego optimum. Zaczęli dryfować zamiast się rozwijać.

Podważono nie tylko ścieżkę ich kariery, ale odebrano radość z realizowanego projektu. Zrewidowano plany i perspektywy.

To dorośli ludzie, profesjonaliści. Dostosują się do tej nowej sytuacji. Będą karni, na posterunku. Za to im dobrze płacą, ale czy w dłuższej perspektywie odzyskają radość z gry, którą mieli w czasie krótkiego karnawału?

Odpowiedź w trzeciej części „Czy Vukovic musiał odejść?”, w piątek, 6 listopada.

 

Fot. Podgórze Kraków – Legia Warszawa w Krakowie. W akcji bramkarz Legii Antoni Keller. W środku widoczny Henryk Martyna. Kraków, 29 kwietnia 1934. Ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, partnera konkursu O!ZNAKI PRACY.